Zdrowiewkrakowie.pl

Imprezy

« Maj »
Pn Wt Śr Cz P So Nd
  01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31

Popularne

Nowe komentarze

Dyskusje

Reklama
Reklama

Głos Kibica

Przyczytaj również

Komentarze (0)

Franciszek Góral. Internat - Nasz drugi dom

czytane 382 razy
Franciszek Góral. Internat - Nasz drugi dom
Uruchomienie Internatu równocześnie z reaktywowaniem działalności Państwowego Gimnazjum i Liceum w Brzesku w lutym 1945 roku nie było dziełem przypadku.
Organizatorzy internatu, a wcześniej tajnego nauczania - dr Franciszek Mleczko oraz p. Wiktoria Malinowska - przewidywali duży napływ młodzieży spoza Brzeska. Otwarcie takiej placówki było konieczne dla dobra młodzieży i szkoły.

Do Świąt Wielkanocnych 1945 roku internat mieścił się w starym pałacu barona Goetza Okocimskiego położonym wewnątrz browaru. Budynki pałacowe tworzyły prostokąt. Wewnątrz było patio (dziedziniec) wyłożone brukiem. Przemierzaliśmy ten dziedziniec kilka razy dziennie udając się do internackiej stołówki (dawnej kuchni pałacowej). Zajmowane przez nas pomieszczenia pałacowe opróżniono wcześniej z najcenniejszych przedmiotów i malowideł, a mimo wszystko urzekały zdobionymi w drzewie rzeźbami. To co pozostało, znajdowało się pod troskliwą opieką naszych opiekunów i wychowawców.

Najliczniejszą grupę „internatowiczów” stanowiła młodzież z łysogórskiego i czchowskiego ośrodka „tajnego nauczania” oraz miejscowości z nimi związanych. Lista mieszkańców internatu była dość długa. Do najbardziej zapamiętanych przeze mnie należą: Stanisława Dziadowiec z matką (kucharką), Władysława i Bronisława Kijakówny, Janina Kapusta, Anna i Michalina Kolbusz, Maria i Domicela Michałek, Krystyna Gajda, Julia Mleczko, Helena Franczyk, Janina Klaus, Wiktoria Kuna, Janina Zydroń, Stanisław Cięciwa, Władysław Macheta, Tadeusz Migda, Piotr Mytnik, Maciej Kędzierski, Maciek Majeranowski, Antoni Nowak, Mieczysław Wróbel, Jurek Bloch, Kazimierz Kluska, Antoni Mleczko, Stefan Kluska, Ryszard Łużny, Józef Mrówka, Władysław Szpak, Józef Szot, Stanisław Więcław i wielu innych – niestety już zapomnianych nazwisk.

Mistrzynią w internackiej kuchni była p. Dziadowiec (wysiedlona ze wschodu). Pomagały jej starsze uczennice gimnazjum pobierające naukę po południu i w godzinach wieczornych (na pewno: Janina Zydroń i Władysława Kijak). Kontakty z władzą miejską i brzeskiego powiatu, głównie aprowizacyjne, utrzymywała p. Wiktoria Malinowska i dr Franciszek Mleczko. W internacie kwitło życie kulturalne. Działał chór prowadzony przez p. Bronisława Skrobotowicza. Uczono gier towarzyskich i zasad dobrego zachowania się. Codziennie rano, w szyku marszowym udawaliśmy się na lekcje do gimnazjum mieszczącego się w dawnym, przedwojennych budynku. Do przebycia było ponad 2000 metrów. Ta niedogodność zniknęła po przeniesieniu gimnazjum do nowego pałacu Goetzów.

Zbiorowe życie niesie za sobą różne pokusy do psot różnego rodzaju, a czasem też nawet do różnych zatargów. Jeszcze w trakcie pobytu w „starym” internacie, starsi wiekiem mieszkańcy urządzili pewnej nocy „kocówę” jednemu z kolegów – Maćkowi Kędzierskiemu. Dlaczego? – powody nie zostały w pełni ujawnione. W efekcie tego incydentu kilku uczestników utraciło miejsca w internacie. Kara była dość surowa.

Zamieszkiwanie na terenie browaru stwarzało okazję do penetrowania składowanych beczek po piwie, które wracały do browaru z terenu. Zawsze można było coś z nich wycedzić, a później w skrytości smakować ten trunek tuż przed snem. Cenny towar „przemycaliśmy” do internatu w dużej blaszanej puszce, a potem się nim dzieliliśmy.

Pewną niedogodnością mieszkania na terenie browaru była liczna obecność szczurów na jego terenie. Browar był dla nich doskonałym siedliskiem. Sprzyjały temu sterty wytłoków jęczmiennych i buraczanych. Podczas przemarszu do stołówki przez dziedziniec często byliśmy świadkami gonitw szczurów po rynnach. W pamięci zapisało mi się, gdy pewnego razu jeden z nich – wyjątkowo duży - nie utrzymał się na rynnie i spadł nam pod nogi. Uznaliśmy, że spadając z dużej wysokości na kamienny bruk zabił się. Dla sprawdzenia jeden z nas nastąpił na niego butem. Wszyscy byliśmy przerażeni, gdy ten ogromny szczur nagle ożył i kręcąc się wkoło zaczął szukać miejsca schronienia. W końcu trafił do studzienki kanalizacyjnej. Niestety, na szczury można było natknąć się także w innych miejscach na terenie browaru, co często nie było miłym ani ciekawym wspomnieniem.

Ówczesne czasy były bardzo trudne, zwłaszcza dla mniej zamożnych. W internacie brakowało łóżek. Kto mógł przywoził je z rodzinnego domu lub kupował na targowisku. Spora część młodzieży spała na siennikach bezpośrednio na podłodze. Głównym miejscem dla nich była opuszczona pralnia pałacowa. Z jednej ze ścian wystawał przerdzewiały kran, który nam trochę przeszkadzał w swobodnym poruszaniu się. Nie zastanawiając się nad tym, że może być podłączony do wody, zaczęliśmy go odkręcać i wtedy chlusnęła woda… niestety na posłanie Ryśka Łużnego (późniejszego profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego), z czego kolega nie był zbyt zadowolony. Zaczopowanie otworu drewnianym kołkiem trwało dłużej niż odkręcanie kranu. Na szczęście podłoga była betonowa z odpływem. Ten pouczający przypadek zachowaliśmy w tajemnicy przed przełożonymi.

Przebywanie dużej liczby młodzieży na terenie browaru było uciążliwe dla jego ochrony (wchodzenie i wychodzenie bez przepustek) i ruchu przez portiernię. Dyrekcja odetchnęła z ulgą, gdy nas wykwaterowano do nowego pałacu po przeniesieniu tam gimnazjum. Nastąpiło to bezpośrednio po feriach Wielkanocnych (kwiecień 1945 roku) z obopólną korzyścią. Nam odpadły codzienne przemarsze do Brzeska, zaś administracja Browaru mogła w całości wykorzystać pomieszczenia starego pałacu na hotel i sale recepcyjno – administracyjne. W dalszym ciągu mieliśmy cotygodniowy wstęp do browarnianej łaźni, a szkolna orkiestra mogła korzystać z sali ćwiczeń.

Po przeniesieniu internatu do „nowego” pałacu Goetzów nastąpił nowy etap w życiu jego mieszkańców. Dziewczęta ulokowano w pomieszczeniach dla służby na poddaszu znajdującym się nad pałacową kuchnią. Chłopcy zamieszkali na drugim skrzydle, przy oranżerii, w podobnych pomieszczeniach. Chłopięca część internatu była obszerniejsza, z szerokim korytarzem. Ten korytarz wykorzystywano do porannej gimnastyki, a także zabawy. Pod naszymi pomieszczeniami były kwatery zamieszkiwane przez część nauczycieli i dlatego każde nasze głośne zachowanie było pod ich kontrolą.

Lepsze warunki przestrzenne i lokalizacyjne umożliwiły przyjęcie do internatu większej liczby młodzieży. Pojawiły się nowe nazwiska: Halina Sokołowska,  Aniela Walendowska, Jan Garlicki, Bronisław Bronowicz, Stanisław Mida, Aleksander Nawrot, Mieczysław Rams, Marian Klimczyk. Z nimi dotrwaliśmy do matury. W międzyczasie oddano do użytku nowy budynek na potrzeby internatu po adaptacji budynku gospodarczego (dawne stajnie dla koni). Tam spotkałem kolegę z mojej rodzinnej wioski, dziewięcioklasistę Józka Musiała, który dopiero rozpoczynał naukę.

W roku szkolnym 1946 / 47 odeszła ze szkoły dotychczasowa opiekunka internatu p. Wiktoria Malinowska, a pojawił się p. Julian Dudek z żoną. On opiekował się męską częścią internatu, a jego żona – żeńską. Podczas letnich wakacji zajmowała się ona aprowizacją na kursach pedagogicznych dla nauczycieli. Wśród uczniów z biedniejszych rodzin było sporo chętnych do mieszkania w internacie również w okresie wakacji. Możliwość ta wiązała się jednak z pewnymi obowiązkami. Pani Dudek chętnie wykorzystywała uczniów do pomocy. Do obowiązków ochotników należało głównie dowożenie żywności z Brzeska i pomoc w niektórych pracach kuchennych. Pani Dudek była jednak bardzo wymagająca. Wystarczyło małe uchybienie w pracy a pozbywała się niezdyscyplinowanego. Raz spotkała mnie taka przykrość za pójście na mecz piłki nożnej Okocimskiego Klubu Sportowego, a było to w niedzielę. Na resztę wakacji musiałem zatrudnić się przy zwożeniu węgla i koksu do pałacowej kotłowni.

Wraz ze wzrostem liczebności i napływem biednej młodzieży pogarszały się w internacie socjalne warunki żywienia. Tylko nieliczni mieli prawo do całodziennych posiłków na koszt Państwa. Większość była zmuszona załatwiać sobie śniadania i kolacje we własnym zakresie. Z puli internackiej był tylko skromny obiad oraz na śniadanie i kolację półlitrowy kubek herbaty lub kawy z mlekiem, czasem kakao. Kucharką w dalszym ciągu była p. Dziadowiec.

Od czasu do czasu dokonywano w internackiej kuchni uboju wieprza. Uczestniczyłem przy tych czynnościach jako pomocnik do czyszczenia zwierza i mielenia mięsa. Czasem udało nam się otrzymać kawałek uwędzonej kiełbasy. Wspólników było wielu. Podział darowizny był równy. Kto dostarczał te wieprze, tego się nie dowiedziałem. Być może bogaty ojciec któregoś z uczniów gimnazjum. Mógł to być przydział z puli miejskiej lub po prostu zakup dokonywany przez szkołę na rynku (targu).

Układ koleżeńskich stosunków między częścią żeńską i męską internatu był poprawny, nawet nieskazitelny. Nie było żadnych problemów zasługujących na reprymendę. Wstęp do jednych i drugich był zakazany. Nad przestrzeganiem tej zasady czuwali opiekunowie i reszta grona profesorskiego mieszkająca na terenie internatu. Natomiast wycieczki i spacery po parku uprawiano zbiorowo. Czasem zdarzały się wyskoki niektórych chłopców do pawilonu pana Wiatra na piwko, a niekiedy na coś mocniejszego.

Gry sportowe uprawiano na niezbyt odległym placyku przystosowanym do koszykówki i siatkówki. Do gier umysłowych i czytelnictwa wykorzystywano zasoby i dużą salę biblioteczną. Tam też odbywano naukę własną, tam zadzierzgiwały się pierwsze przyjaźnie. Swobodę odpoczynku w niedziele przekreślały niekiedy angażowania do reprezentowania szkoły w imprezach pozaszkolnych.

Pobyt w internacie zapewniał nam warunki do nauki, wypoczynku oraz życia sportowego, trochę mniej do życia towarzyskiego. Za to byliśmy wdzięczni jego organizatorom i mocodawcom. Internat był naszym „drugim domem”, a dla niektórych nawet ich jedynym domem. Dotyczyło to młodzieży przesiedlonej ze wschodu i podążającej za rodzicami na „Ziemie Odzyskane”. Dlatego stan osobowy internatu ulegał częstym zmianom. Internat w Okocimiu był dla nich chwilowym przystankiem na drodze życiowej. To samo dotyczyło części naszych nauczycieli.

Szczególną rolę w zorganizowaniu i otwarciu internatu odegrali dr Franciszek Mleczko (działacz ludowy) i p. Wiktoria Malinowska (jego późniejsza żona) i za to byliśmy im wdzięczni. Razem z moimi szkolnymi koleżankami i kolegami do dzisiaj o nich pamiętamy. Niestety obydwoje już dawno nie żyją. Pochowani są na parafialnym cmentarzu w Łysej Górze.
 
Informacje o autorze:
Płk. dypl. mgr Franciszek Góral
klasa matematyczno – fizyczna, rok ukończenia szkoły - 1949.



 


Komentarze Komentarze

Artykuł nie był jeszcze komentowany.

Napisz komentarz Napisz komentarz

Imię lub pseudonim
Proszę podać swoje imię lub pseudonim.
Twój e-mail
Twój e-mail (powtórz)
Komentarz
Proszę napisać treść komentarza.

Przepisz znaki z obrazka